56 kompania specjalna

Historia 56 kompanii specjalnej to przede wszystkim  historia ludzi, którzy tam służyli. Jest to świat komandosów 1 Batalionu Szturmowego i 56 Kompanii Specjalnej, o wielkiej pasji i przygodzie ludzi którzy je tworzyli, być może szalonych pasjonatów ale na pewno bez reszty oddanych swojej służbie. Cała historia legendarnej 56 Kompanii Specjalnej rozpoczyna się w 1967 roku. Wtedy to właśnie pierwsi żołnierze przekraczają próg ponurych koszar znajdujących się w alei 1 Maja w Bydgoszczy. Nie doszłoby do powstania tak elitarnej grupy, gdyby nie garstka ludzi, dla których wojskowa służba, to nie tylko praca, lecz życiowa pasja, której bezgranicznie byli oddani. Dzięki ich kreatywności i zaangażowaniu jednostka zyskała ogromną renomę. Marzeniem każdego żołnierza było zostanie prawdziwym komandosem i noszenie zaszczytnego bordowego beretu. Istnienie nowo sformowanej jednostki było od początku całkowicie utajnione i dla kamuflażu była postrzegana jako jeden z elementów 6. Dywizji  Desantowo – Spadochronowej. Natomiast w samej Bydgoszczy mówiono o kompanii ochrony Pomorskiego Okręgu Wojskowego. Ze względu na swoje przeznaczenie, którym było prowadzenie rozpoznania do 300 kilometrów w głąb potencjalnego przeciwnika, a także działań dywersyjnych i sabotażowych, jednostka wymagała nietypowego i bardzo zaawansowanego procesu szkolenia. Żołnierze musieli być przygotowani dosłownie na każdą ewentualność, dlatego odbywali wiele specjalistycznych szkoleń, takich jak desantowanie spadochronowe, taktyka specjalna, łączność oparta na szybkiej telegrafii, działanie saperskie i minerskie, szybkie i precyzyjne strzelanie z rozmaitych typów broni, a także walkę w bezpośrednim kontakcie.
Ponadto pokonywali pieszo setki kilometrów, trenowali wspinaczkę wysokogórską, jazdę na nartach i uczyli się różnych form walki. Wyszkolenie fizyczne było postawione na bardzo wysokim poziomie. Duży nacisk położony był również na wiedzę o obcych armiach. Żołnierze opanowywali wiedzę na ten temat do tego stopnia, że po pokazaniu im zdjęcia, czy drobnego elementu broni lub pojazdu potrafili bezbłędnie go rozpoznać i podać wszelkie istotne informacje dotyczące tego sprzętu. Nie każdy mógł zasilić szeregi 56 Kompanii Specjalnej, bowiem wymagała ona specyficznego typu ludzi, mających niezwykle silną psychikę, nieszablonowych, twórczych, zdecydowanych i odważnych. W 56 kompanii specjalnej bardziej od gadżetów i bajerów liczyli się ludzie. Jednym z tych wyjątkowych ludzi był Leszek Gębiak. Do jednostki przybył jako technik specjalista od czołgów pływających, jednak na samochodach nie znał się w ogóle. Szczęśliwym trafem został instruktorem wychowania fizycznego. Swoje zadanie traktował bardzo poważnie i dlatego nowo przybyłych żołnierzy od samego początku poddawał ostremu treningowi. Na wstępie każdy musiał zaprezentować poziom swojej tężyzny fizycznej na teście, który obejmował bieg na odcinku jednego kilometra, podciąganie na drążku i kończący sprawdzian bieg na 100 metrów. Przez pierwsze sześć tygodni żołnierze codziennie biegiem pokonywali kilkukilometrowe trasy. Wychowanie fizyczne mieli co drugi dzień, natomiast pracę masowo – sportową na okrągło. Leszek dzięki temu, że wkładał w swoją pracę serce potrafił zaszczepić w żołnierzach chęć bycia najlepszym, dlatego w kąciku kulturystycznym potrafili trenować jeszcze długo po północy. Młodzi widząc swoich starszych stażem kolegów biegających zimą bez koszul drżeli ze strachu. Jednak taki widok jednocześnie wzbudzał w nich podziw i nieodpartą chęć dorównania im, dlatego też dawali z siebie wszystko, aby być jak oni – budzić podziw, szacunek, być elitą, najlepszymi z najlepszych, prawdziwymi komandosami. Godnym do naśladowania człowiekiem był Józef Jezierski. Przybył do jednostki z Dziwnowa w stopniu szeregowego. Był niezwykle ambitny, co sprawiało, że całą swoją energię poświęcał temu, aby być najlepszym. Spał w baraku, przez którego sufit widać było niebo obsiane milionem gwiazd i mimo przenikliwego chłodu kładł się nago za poduszkę mając cegłę, a za przykrycie jedynie gazetę. Nieustannie sprawdzał swoje możliwości, nawet jadąc pociągiem z Bydgoszczy do Szczecina stał w przejściu między przedziałami o nic się nie opierając – ćwiczył swoją siłę woli i równowagę. Kolejnym szanowanym i podziwianym człowiekiem był szef 56 Kompanii Specjalnej – Józef Koźbiał, który po przeprowadzce kompanii do Szczecina osiadł na Jaworzu jako komendant ośrodka poligonowego. Był twardym żołnierzem i postrachem swoich  podwładnych, a jednocześnie człowiekiem o wielkim sercu, niepoprawnym romantykiem zakochanym w pięknie przyrody. Swoich podopiecznych wychowywał na niezwykle wartościowych żołnierzy, dawał im cenne wskazówki dotyczące nie tylko przetrwania w lesie, lecz także ich przyszłego życia. Tolek Gronet również cieszył się popularnością. Potrafił każdego podnieść na duchu i zmobilizować do działania, bardzo troszczył się o morale swoich żołnierzy, każdy z nich do tej pory pamięta jego ulubione powiedzonko „bądź dzielny”, które nieustannie pomaga im w przezwyciężaniu wszystkich przeciwności losu. Imponował każdemu swoim wyszkoleniem fizycznym, tempo marszu, jakie narzucał było nadzwyczajne, wprawiało w osłupienie nawet tych, którzy do tej pory uważali się za twardzieli, których nic nie może złamać. Jego podopieczni tłumaczyli sobie, że ten szybki chód wynika z tego, iż stawiając pierwszy krok myśli już o ostatnim. Bardzo dobrze sprawdził się w roli dowódcy, cieszył się ogromnym autorytetem i doskonale wiedział jak postępować ze swoimi żołnierzami. Udowodnił każdemu z nich, że są niezwykle silni i zdolni zrobić o wiele więcej niż przypuszczają. Po odejściu ze służby zakupił ranczo i zajął się hodowlą koni, mimo iż zarzekał się w złości, że kupi hektar lasu i wytnie w nim wszystkie drzewa. Jednym z bardziej ambitnych ludzi był Zbyszek Drozdowski. Był obdarzony niezwykłą pomysłowością i charyzmą. Nie zawsze jednak chęć bycia lepszym od innych wychodziła mu na dobre. Czasami jego zuchwała koncepcja wykonania zadania wymagała umiejętności szybkiego podejmowania decyzji w ogromnym stresie. Aczkolwiek dzięki temu prowadzone działania stawały się niezwykle realistyczne. Ciekawym przypadkiem był również Leszek Domachowski. Karierę rozpoczynał jako żołnierz służby zasadniczej o słabej kondycji fizycznej i nie rokujący jakichś wielkich nadziei. Jednak dzięki swojej zawziętości oraz trosce starszych kolegów i przełożonych w zaskakująco szybkim tempie osiągnął wysoką formę, która pozwoliła mu na nadążanie za grupą specjalną z radiostacją na plecach. Następnie na ochotnika zgłosił się do szkoły oficerskiej i po kilku latach powrócił do kompanii w stopniu podporucznika, jednak przez kolegów postrzegany był nadal w ten sam sposób.

Do kompanii trafiali różni ludzie, jednym z ciekawszych był Stanisław Krawczyk zwany „Jogi” – amator miodu i dżemu. Z zawodu był kucharzem. Trafił do komandosów, ponieważ miał już dość ciągłej harówki przy garach. Był niezwykle szczery, prostolinijny i zaradny. Koledzy zapamiętali jednak jego „panikary” – rękawice, które zakładał przed każdym skokiem ze spadochronem, których zresztą bardzo się bał. Niewiarygodnie kojąco wpływały na jego psychikę.

W 1981 roku kompania zostaje przeniesiona do Szczecina. W tym okresie wielu żołnierzy zawodowych opuściło szeregi kompanii pozostając w Bydgoszczy.Jednostka jednakże bardzo szybko wróciła do wysokiego poziomu, a wymieszanie starej krwi ze świeżą, pod wieloma względami wyszło jej na dobre. Starzy wyjadacze to przede wszystkim klan chorążych i sierżantów: Henio Włostowski, Józek Mingowski, Józek Jezierski, Zbyszek Drozdowski i wielu innych stanowiących w pewien sposób „drugą władzę”.  Wtedy właśnie rozpoczął się okres największego rozkwitu 56 ks. Dwóch młodych oficerów  – Arkadiusz Kups i Piotr Patalong zostają wyznaczeni na stanowisko dowódców plutonów. Rywalizują ze sobą na każdym kroku, co powoduje, że poziom wyszkolenia żołnierzy co raz bardziej się podnosi. Ćwiczenia odbywały się praktycznie bez przerwy. Zajęcia na poligonie zaczynały się wczesną wiosną, a kończyły późną jesienią. Oczywiście nie brakowało również zimowych wypadów w góry. Wszystko po to, żeby żołnierze potrafili odnaleźć się w każdej sytuacji niezależnie od warunków w jakich przyjdzie im prowadzić działania. Jednym z nowych rozwiązań było to, że dowódca drużyny wykonywał wszystko ze swoimi podwładnymi. Tak samo jak inni niósł ciężki plecak, marzł i głodował. Dzięki temu rodziła się więź między żołnierzami a ich dowódcą, co pozytywnie wpływało na efektywność prowadzonych działań. Dowódca był wzorem do naśladowania, każdemu podległemu mu żołnierzowi imponował poziom jego wyszkolenia i tężyzny fizycznej. Wszyscy komandosi dążyli do tego, żeby być tak samo doskonali jak ich dowódca. Podczas ćwiczeń każdy żołnierz musiał wykazywać się ogromnym sprytem i niezwykłą czujnością, najmniejszy błąd mógł spowodować niepowodzenie misji. Uczyło to odpowiedzialności za siebie i za innych. Niejednokrotnie komandosi przez wiele dni zmuszeni byli ukrywać się w cudzych domach, czy stodołach nieustannie kontrolując, czy gospodarz nie zdradził ich położenia lub ktoś inny ich nie wytropił. Dzięki tak niesamowicie zaangażowanej w swoją pracę kadrze po około dwóch latach człowiek, który przybył na szkolenie z „cywila” stawał się wartościowym komandosem na światowym poziomie.

W tak krótkim streszczeniu nie da się opisać całej historii kompani ani ukazać oddania tych, którzy tworzyli jej trzon. Zachęcam więc do przeczytania książki Piotra Bernabiuka „mjr Kups o 56 Kompanii Specjalnej” . Kto ją przeczyta pozna historię 56 ks i ludzi, którzy  pozostawili w niej cząstkę siebie oraz będzie miał szansę zrozumieć dlaczego -„żołnierzem 56 kompanii specjalnej zostaje się na zawsze”.

Powiązane wpisy

Rozpoczynamy treningi Akademii Combat SGS

2017-08-23 21:59:19
poldek56

8

Trening SGS w warunkach zimowych

2017-07-07 19:27:36
poldek56

8

Szkolenia

2017-03-13 18:59:40
poldek56

8

Warsztaty z samoobrony dla kobiet

2017-02-02 18:21:52
poldek56

8

Szkolenie w gimnazjum

2017-02-01 18:30:00
poldek56

8

Komentarze są wyłączone.